AKTUALNOŚCI
GALERIE
MIEJSCA I LUDZIE

WIESŁAW OCHMAN: Chętnie powracam do Kalisza

DATA: 18 stycznia 2016 | AUTOR: Redakcja wkaliszu.pl
    Wiesław Ochmann (fot. CKiS)

    Długotrwałymi owacjami na stojąco i bisami zakończył się sobotni występ Wiesława Ochmana i jego gości w kaliski CKiS. Po koncercie ze słynnym tenorem rozmawiał Robert Kuciński.

    Programem zaprezentowanym w kaliskim CKiS podbił Pan serca publiczności już od pierwszych minut.

    Nie ukrywam, że głównym celem tego koncertu jest zadowolenie widzów. Opracowując go nie myślę o sobie, ani nawet – niestety – o moich wspaniałych koleżankach i orkiestrze, tylko o publiczności. W myślach siadam na widowni i wyobrażam sobie, co chciałbym usłyszeć. Uważam, że na co dzień mamy tyle problemów, że należy nam się taki wieczór z utworami wpadającymi w ucho, sprawiającymi przyjemność, takimi, które lubimy nucić.

    Od razu dodajmy, że proponujemy bardzo dobre wykonania, bo zaprosiłem do współpracy wysokiej klasy śpiewaczki – panie Renatę Dobosz i Aleksandrę Stokłosę, solistki opery w Bytomiu. Jest z nami znakomity dyrygent – Adam Żaak, który nie tylko dyryguje, ale również śpiewa. Gliwicka orkiestra rewiowa złożona jest ze świetnych muzyków, związanych ze wszystkimi ważnymi orkiestrami na Śląsku. Całość spiąłem konferansjerką w swoim wykonaniu, która nie jest zlepkiem spisanych tekstów, lecz opowieścią z mojego życia artystycznego. Uważam to za atut, bo ludzie od razu czują, czy ktoś przyjechał do nich dlatego, że podpisał kontrakt, czy po to, żeby się z nimi spotkać.

    Sporo humoru w tej opowieści, bo teatr operowy i operetkowy to kopalnia anegdot.

    Owszem, wynikają one na przykład ze scenicznych potknięć, które są szczególnie brzemienne w skutki. Jak się coś w operowym spektaklu – tak się kolokwialnie wyrażę – wywali, to trudno jest to ukryć czy nadrobić. W teatrze dramatycznym może się zdarzyć minuta ciszy i widz pomyśli, że tak miało być. W operze jesteśmy związani taktem, kreską taktową, tempem, dyrygentem, który „robi kółka”, bo dyryguje porządnie. W operetce jest trochę łatwiej ze względu na tekst mówiony, który jest swoistego rodzaju bezpiecznikiem. Oczywiście, nie jest tak jak pisał Julian Tuwim, że operetka to jest taka sztuka, w której mąż nie poznaje żony, bo zmieniła rękawiczki. To jest bardzo trudny gatunek muzyczno-sceniczny. Wiem, że w tych opowieściach ciągle pojawiają się książęta, hrabiowie albo Cyganie, ale ludziom się to podoba – widocznie tego potrzebują.

    Sporym atutem tej Operetkowej Gali był dobór hitów, głównie neapolitańskich pieśni oraz fragmentów wiedeńskich operetek.

    Sięgnęliśmy również po pieśni, które odegrały istotną rolę w historii XX i początkach XXI wieku. Pieśń to bardzo interesujący gatunek, bowiem jej twórca ma jedynie trzy minuty, aby opowiedzieć o jakimś wydarzeniu lub przedstawić historię miłości dwojga ludzi.

    Nie zabrakło pieśni o Kaliszu.

    Bo do Kalisza bardzo chętnie powracam – mam związane z nim szalone i piękne wspomnienia. Występowaliśmy tu na koncercie charytatywnym zorganizowanym przez dr. Wiesława Majewicza, który zbierał pieniądze na budowę hospicjum w Rożdżałach. Wiem, że ono już działa, że ludzie starsi i schorowani znaleźli tam dobrą opiekę, więc cieszy mnie, że dołożyliśmy do tej budowy maleńką cegiełkę. Drugi istotny powód miłych powrotów do Kalisza to znakomity malarz, Wiktor Jędrzejak, z którym jestem zaprzyjaźniony. On z kolei dawał mi obrazy na aukcje w Nowym Jorku, z których dochód także przekazywaliśmy nie tylko na hospicja, ale także np. na Muzeum Mickiewicza w Wilnie. Ogromnie cenię jego malarstwo i chętnie wracam wspomnieniami do naszych spotkań, a co za tym idzie do Kalisza.

    Kaliszanie oklaskiwali Pana także w Pałacu Książąt Radziwiłłów w Antoninie, którym  zarządza Centrum Kultury i Sztuki.

    Byłem tam z siedem-osiem razy. To ważne dla mnie miejsce prezentacji pieśni, które – jak już wspomniałem – ogromnie cenię. Pieśń to zawsze interesujące spotkanie zarówno z piękną muzyką, jak i poetyckim tekstem. To także dla śpiewaka interesujące wyzwanie, choćby dlatego, że musi nieco schować cały swój operowy warsztat, by wybrzmiały tekst i harmonie melodyczne.

    Panie Wiesławie, w jaki sposób udaje się Panu skupiać uwagę słuchaczy przez tyle lat?

    Chyba trzeba być bardzo uczciwym w tym, co się robi. Być sobą zawsze i wszędzie. Zawsze to powtarzam młodym ludziom: jeśli śpiewasz koncert, to rób to tak, jakbyś to robił po raz ostatni w życiu i chciał, aby cię zapamiętali. Każdy koncert jest premierą, bo przychodzi nowa publiczność. Jeśli chodzi o mnie, to myślę, że ludzie wyczuwają, iż odnoszę się do nich zawsze z wielką sympatią. Zawsze zależy mi, aby dzięki mnie przeżyli wyjątkowe chwile i wyszli z sali koncertowej zadowoleni. Zawsze zakładam, że widzowie wiedzą tyle, co ja, tak samo patrzą na świat jak ja i czują tak samo. Dzięki temu udaje mi się nawiązać bliższy kontakt.

    Jaka jest kondycja polskiej opery i operetki? Z jednej strony odnotowujemy wielkie sukcesy naszych śpiewaków za granicą, z drugiej – obserwujemy intensywną walkę o widza, choćby przez organizację wycieczek np. z Kalisza do miast, które posiadają teatry muzyczne. Mecenat państwowy na pewno jest skromniejszy niż w poprzednich dekadach.

    Miałem szczęście występować i  w poprzednim systemie, i obecnym – rynkowym. Dawniej opera to był przybytek sztuki, teraz jest przedsiębiorstwem produkującym przedstawienia. Niestety, mówię to ze smutkiem, bardzo poważnie obniżył się poziom teatrów operowych w dziedzinie, która dotyczy czystej opery. Opera to znakomite głosy, ciekawa scenografia, świetna muzyka i bardzo dobra reżyseria, która eksponuje to, co chciał przekazać librecista. Nie zgadzam się, aby postać z dawnej opery posługiwała się laptopem i telefonem komórkowym. To wtedy jest farsa. Jeśli Borys Godunow wchodzi na scenę w garniturze od Armaniego, zakłada na głowę koronę i śpiewa, że trudno mu być carem, to także jest niepoważne. Historia Godunowa rozgrywa się na przełomie XVI i XVII wieku i trudność reżyserii polega na tym, żeby ją uczynić interesującą dla współczesnego widza, sprawić, aby przejął się jego losem. Jest mało dobrych reżyserów operowych, więc mam świadomość, że miałem ogromne szczęście pracować z geniuszami, jak Zefirelli czy Tarkowski. Obecnie odwiedzam teatr czy operę i dwa dni później nie pamiętam tego przedstawienia. Natomiast pamiętam przedstawienia z Tadkiem Łomnickim w Teatrze na Woli. Dlaczego? Bo to były znakomite spektakle – mądre, wyważone, bez przerostu efektów. Teraz obserwuję siedem gołych, biegających po scenie aktorów i nie wiem, o co chodzi. Ktoś siedzący z boku pyta: dlaczego oni biegają? Odpowiadam: nie wiem, może szukają sklepu z tanią odzieżą.

    Robert Kuciński

    Komentarze

    Najczęściej odwiedzane

    The browser you use is not supported by this application, probably because it lacks some critical features.
    For a better experience, please consider using this application with a supported browser.