AKTUALNOŚCI
GALERIE
MIEJSCA I LUDZIE

WOWA: Śpiewam o historiach z życia wziętych (video)

DATA: 30 kwietnia 2021 | AUTOR: Redakcja wkaliszu.pl
    Wowa - kaliski muzyk, lider zespołu ,,Wowa Band''. Fot. Tomasz Skórzewski.

    O rosyjskim szansonie, występach z Grzegorzem Halamą i Kazikiem oraz muzyce w czasach pandemii z kaliskim muzykiem Wową, liderem zespołu ,,Wowa Band'' rozmawia Piotr Jaworowski.

    Ile pieniędzy straciłeś przez pandemię?
    - Lepiej może nie będę o tym mówić, bo aż uszy bolą. I po co?

    To są duże kwoty?
    - Straciłem sporo, ale nie płaczę i nie mówię, że państwo powinno oddać mi te pieniądze, które straciłem przez koronawirusa. Wiem, że niektórzy artyści dostali, ale to dobrze, może będzie od kogo pożyczyć (śmiech). Z drugiej strony nie są to pieniądze, dzięki którym mógłbym wybudować willę w centrum miasta lub nawet na jego obrzeżach.

    A co ci zabrała pandemia jako muzykowi?
    - Na pewno koncerty i kontakt z publicznością na żywo. Koncerty gram od 2011 roku. W tamtym roku zdążyłem jeszcze zagrać w czerwcu, lipcu. Jestem scenicznym artystą i dopiero teraz uczę się muzycznej działalności w internecie. Ale może to i dobrze, choć przed pandemią nie przyszło mi do głowy, że internet będzie jedynym takimi miejscem, gdzie będę mógł spotykać się z ludźmi, którzy słuchają naszej muzyki.

    Jak kształciłeś się muzycznie?
    - Urodziłem się w Czechach, a w 1992 roku przyjechałem na trochę pierwszy raz do Polski. Moja babcia, która mieszkała wtedy w Kaliszu miała taką podłużną wagę, która wyglądała wtedy dla mnie jak...klawiatura. Na niej usilnie próbowałem coś zagrać i babcia stwierdziła, że: ,,a może by go tak na muzykę posłać?’’. Pierwszy instrument muzyczny dostałem jak miałem 4 lata. Rok później zacząłem uczęszczać do szkoły muzycznej, później byłem w prywatnej szkole muzyki rozrywkowej. Byłem też uczniem Technikum Budowy Fortepianów w Kaliszu, gdzie musiałem grać muzykę klasyczną. Tak więc muzyka, której cały czas się uczę, towarzyszy mi od najmłodszych lat.

    Na jakich instrumentach grasz?
    - Ja jestem pianistą, ale gram też na mandolinie, gitarze i na melodyjce. Na grzebieniu nie gram (śmiech).

    Jak wyglądały początki twojego pierwszego zespołu ,,Wowa z Charkowa’’?
    - ,,Wowę z Charkowa’’ założyłem 1 czerwca 2011 r., więc niedługo będzie dziesięć lat mojej działalności scenicznej. Wcześniej grałem przez kilka lat jako pianista, klawiszowiec na dancingach na Wybrzeżu. Jak założyłem zespół to ciężko było mi znaleźć osoby, które chciałyby grać ze mną taki rosyjski szanson czy też utwory w stylu grupy ,,Leningrad’’. Na początku było nas pięciu, ale potem doszli inni muzycy. Skład się cały czas zmieniał. W końcu graliśmy na koncertach nawet w 14-osobym składzie, tak jak na koncercie pod kaliską ,,Beką’’. Sporo koncertowaliśmy po Polsce, graliśmy m.in. w rosyjskim ,,Domu Kultury’’ w Warszawie.

    Skąd pomysł na taką nazwę grupy?
    - Wzięła się ona od Charkowa, nazwy miasta na Ukrainie, w którym kiedyś przez jakiś czas mieszkałem i skąd pochodzi też część mojej rodziny od strony babci. Oni z pochodzenia są Rosjanami. Wowa z Charkowa się rymuje, więc stwierdziliśmy że łatwiej taką nazwę zapamiętać. Co ciekawe, pewne ogólnopolskie radio przez tę nazwę, po rewolucji na Majdanie, zerwało z nami współpracę, bo myśleli chyba, że jesteśmy... rosyjskimi separatystami. Próbowano nas wpisać w jakieś dziwne, polityczne zagrywki nawet na wywiadach. Przez to musiałem założyć nowy zespół - ,,Wowa Band’’, w którym gramy autorskie piosenki.

    Dopadła was polityka, ale w swojej twórczości politycznych tematów starasz się raczej nie poruszać.
    - Zgadza się, ale jeśli dwóch Polaków mieszkających po sąsiedzku pokłóci się ze sobą, bo ten jest za jedną partią, a ten za drugą to taki utwór jest polityczny i czasem takie piszę, ale raczej na wesoło niż na smutno. Tak samo jak ten utwór, który nagrałem z Olafem Deriglasoffem, w którym śpiewamy, że ,,płyniemy jak marynarze na jednej dziurawej łodzi’’. To jest tak naprawdę trochę o takiej naszej ignorancji społecznej, że kapitan i sternik mają łódź ratunkową, a my się potopimy. Ogólnie jednak unikam politycznych tematów. Moje piosenki są uniwersalne, pisane trochę takim językiem ezopowym, więc każdy może wyciągnąć z nich jakiś przekaz albo ich tylko słuchać.

    O czym więc piszesz najczęściej?
    - O świecie, który nas otacza. Czasami są to historie z życia wzięte, jak ta o tym, że ktoś kiedyś pracując na rusztowaniu na budowie zobaczył ładną dziewczynę i się w niej...zakochał, a potem został sam i jeszcze bez pieniędzy. To jest trochę taka miejska muzyka rozrywkowa, a w tekstach opisuję rzeczy, które widzę w mieście na co dzień lub zasłyszane z życia historie. Czasem są to może dziwne teksty takie jak: ,,jadę żółtym kombajnem do kina’’, ale taka historia naprawdę się zdarzyła. Mój tata jechał nim na Ukrainie do jednego z miast, bo nie było wtedy innego środka transportu.

     

    Wschodnie wpływy widoczne są w twojej muzyce.
    - Nawet bardzo. Moja babcia Rosjanka, gdy przeprowadziłem się już na stałe do Polski, śpiewała mi wiele różnych rosyjskich piosenek. Do dziś towarzyszy mi rosyjska muzyka. W domu mam też samowary, z których piję herbatę. Przez cały czas utrzymuję dobry kontakt z moją rodziną mieszkającą na Ukrainie.

    Na koncertach, oprócz śpiewanych po rosyjsku piosenek, występujecie w biało-niebieskich koszulkach, przypominając marynarzy rodem z Odessy.
    - Odessa jest podobnie kosmopolityczna jak Gdańsk, w którym mieszkałem przez kilka lat. Cytując mojego kolegę muzyka: „miasta portowe są trochę bardziej egzotyczne od innych”. Być może to, że mieszkałem w trzech różnych krajach dało to, że człowiek czuje się w życiu trochę jak marynarz. Ten klimat Odessy jest nam bliski, bo na koncertach śpiewaliśmy także kryminalne piosenki z tego miasta. To jest taki szemrany uśmiech, puszczenie oka do słuchacza, bo przecież ktoś kto śpiewa takie piosenki nie oznacza, że jest od razu bandytą.

    Od kogo czerpiesz pisarskie wzorce?
    - Lubiłem zawsze słuchać w oryginale Arkadija Siewiernego czy Władimira Wysockiego, który pisał piosenki inteligentne, ale też knajackie, knajpiane. Duże wrażenie wywarła na mnie twórczość Wojciecha Młynarskiego. Może jak młody człowiek słucha takich piosenek to narasta w nim przekonanie, że nie wszystko co robi, to robi źle, ale taki jest właśnie świat, który go otacza, wbrew tej ułudzie „instagramowo-facebookowej”, że każdy jest ładny i bogaty.

    Słychać też czeskie wpływy w twojej muzyce.
    - Tak. Ostatnio rozmawiałem z Ivanem Mladkiem, tym który napisał słynnego ,,Jozina z Bazin’’ i dostałem zielone światło na wykonywanie jego piosenek. Taki jeden czy dwa covery mogą urozmaicić występ. Oczywiście gramy tylko covery tych piosenek, które nam się bardzo podobają.

    Podczas pandemii jako artysta mocno wszedłeś w przestrzeń internetową. Dużo fajnych projektów można teraz zobaczyć w sieci, m.in. ten, który wykonujesz z jednym z twórców niezależnej sceny trójmiejskiej Olafem Deriglasoffem.
    - Nie spodziewałem się tego, że będę pracować z takim kultowym artystą. Zadzwoniłem kiedyś do Olafa, przedstawiłem się, a on przerwał i powiedział „o Wowa! Miałem do ciebie dzwonić”, bo znał mnie z internetu i miał wcześniej pomysł na wspólny koncert. Zrobiliśmy na razie jeden utwór. Olaf zagrał też w teledysku w moim innym utworze, a ja w jego teledysku. Nasza współpraca odbywa się na zasadach koleżeńskich. Gdy do siebie dzwonimy albo się widzimy, to gadamy o życiu i muzyce, a nie są to łatwe tematy i można o nich rozmawiać tylko z kolegami (śmiech).

    Współpracujesz ze znanym, muzycznym youtuberem Chwytakiem.
    - Robimy wspólnie projekt ,,Chwytak & Wowa’’, do którego zapraszamy znanych i lubianych artystów. Do tego sami tworzymy też wspólnie utwory. Chwytak, mimo że jest bardzo znany z internetu a w sieci zasłynął z przeróbek utworów muzycznych, jest bardzo zdolnym wokalistą i ma rozbudowaną fantazję muzyczną. Dopiero to dostrzegłem jak usiedliśmy razem w studio. Myślę, że niejedna gwiazda może mu ,,karton czyścić’’ (dopis red. - Chwytak w teledyskach nosi na głowie karton i nie ujawnia swojej tożsamości). Ja jestem muzykiem koncertowym, więc przy okazji tej kooperacji Chwytak uczy mnie jak zaistnieć muzycznie w sieci, w której można, jak się okazuje, fajnie funkcjonować.

    Na jednym z waszych teledysków i kolejnego znanego muzyka ,,Zaciera’’, który jest nie tylko artystą ale i też lekarzem, pojawia się Kazik Staszewski.
    - I jeszcze Dr.Yry, Teściowa Śpiewa - z którą notabene planujemy wspólny utwór w tym roku i muzycy naszego zespołu, tak więc obsada jest naprawdę ciekawa. Z jeden strony cieszę się, że utwór ,,Merlin Monroł’’ spodobał się internautom i zebrał pół miliona wyświetleń w krótkim czasie. Z drugiej z możliwości współpracy z takimi artystami. Na pewno jest to coś oryginalnego na rynku.

    Ciekawy skład artystyczny miał inny teledysk ,,A w mieście moim’’.
    - Oprócz Olafa i Grzegorza Halamy pojawił się w nim aktor i artysta Lech Dyblik, z którym oprócz klipu „A w mieście moim” nagraliśmy piosenkę „Lubov” po rosyjsku oraz zagraliśmy parę koncertów. Wystąpił on także w Kaliszu na moich 29. urodzinach. Polecam jego koncerty, podczas których nie tylko śpiewa rosyjskie piosenki, ale też opowiada anegdoty z nimi związane. Co do teledysku to prawie w całości kręcony był w Kaliszu, między innymi w byłym więzieniu przy ul. Łódzkiej i jest na dziś najczęściej oglądanym filmem na naszym kanale w serwisie youtube. Warto dodać, że klip powstał dzięki wsparciu firm i ludzi prywatnych z Kalisza i okolic, co w zasadzie zorganizował przychylny naszej twórczości pan Maciej z Kalisza.

    Z Grzegorzem Halamą wystąpiłeś w prześmiewczym klipie, w którym śpiewacie o tym, że by zaistnieć w mediach trzeba śpiewać o...

    - miłości! To jest pastisz, ale ogólnie ten gatunek muzyczny przewija się mocno w mojej, czasem trochę kabaretowej twórczości. My z Grześkiem Halamą nasz projekt dopiero rozwijamy i mamy pomysły na kolejne utwory. Chcemy wspólnie jeszcze nie raz zaskoczyć - mamy nadzieję pozytywnie - publiczność.

    W necie można zobaczyć walentynkowy utwór jaki wykonujesz z Natalią Kwiatkowską.
    - Tak, to taki trochę electroswing. Miałem już muzykę, ale nie bardzo widziałem tam swój wokal, więc skoro chciałem wziąć do piosenki kogoś kto jest zdolny i zaśpiewa to jak najlepiej, wiedziałem, że trzeba dzwonić do Natalii, która oprócz tego napisała tekst do tej piosenki. Z Natalią poznaliśmy się na początku naszych muzycznych, że tak powiem, karier. Z tym, że Natalia naprawdę robi fajną karierę, a ja jeszcze czekam (śmiech).

    Niewiele osób wie, że zaistniałeś w filmie.

    - Hmm, mój głos faktycznie zaistniał w filmie „Fotograf” Waldemara Krzystka, bo śpiewam tam utwór „Nie dla menya”, ale fizycznie nie. Może kiedyś trafi się rola jakiegoś gościa stojącego przy barze, to chętnie wystąpię. A co do samego filmu, to jest to polski thriller. Jak usłyszałem propozycję do jakiego filmu mam nagrywać utwór, to na drugi dzień już byłem w studio (śmiech). Parę lat temu robiłem też muzykę do filmu krótkometrażowego „Czekając na tramwaj” w reżyserii kaliszanina Rafała Paluszkiewicza. Film zajął I miejsce na festiwalu filmowym ,,Opolskie Lamy’’. A niebawem zaczynam pisać muzykę do pierwszego filmu o dinozaurach żyjących na terenach dzisiejszej Polski.

    Mimo pandemii starasz się więc cały czas tworzyć.
    - Staram się być aktywny muzycznie, choć żałuję, że nie mogę grać koncertów. Wszedłem w nowe dla mnie, internetowe przestrzenie takie jak spotify czy patronite - patronite.pl/wowa. Przed pandemią jak graliśmy koncerty, to mogliśmy odłożyć na tworzenie nowych, muzycznych projektów. Teraz trzeba posiłkować się siecią. Wcześniej nie miałem potrzeby zaistnieć np. na patronite, ale pandemiczna sytuacja wymusiła na mnie i wielu innych muzykach zmiany w sposobie komunikowania się z publicznością i z pieniędzmi...

    Mieszkasz teraz w Kaliszu. Masz jakiś pomysł na piosenkę o naszym mieście, może o złych dzielnicach Kalisza?
    - Nie ma złych dzielnic Kalisza, tak jak nie ma złych dzielnic w innych miastach. W miastach mieszkają mądrzy i głupi ludzie, tak jest na całym świecie. Mam jeden fajny tekst. Jest to ,,Pieśń o Kaliszu’’, którą napisał mieszkający przed II wojną światową w naszym mieście Rosjanin. Znalazłem też częściowe nuty do tej piosenki, ale to jest typowa taka carska, jak dla mnie, mało ciekawa melodia. Stwierdziłem więc, że napiszę sam muzykę do tego utworu. Tekst opisuje Kalisz sprzed 100 lat. Plac Kilińskiego, teatr, który odbija się w zwierciadle rzeki. Chcę wykonać tę piosenkę w oryginale po rosyjsku, ale dać jej polskie tłumaczenie, żeby każdy wiedział o czym ona jest. Mam nadzieję, że będzie to ciekawa rzecz, nie tylko dla kaliszan.

    Rozmawiał Piotr Jaworowski

     

    Fot. Tomasz Skórzewski, archiwum prywatne Wowy.

    Video: You Tube.

    Komentarze

    Najczęściej odwiedzane

    The browser you use is not supported by this application, probably because it lacks some critical features.
    For a better experience, please consider using this application with a supported browser.