O przyrodzie, zwyczajach i kulturze Papuy Zachodniej, codziennym życiu Papuasów oraz łowieniu ryb w egzotycznych krajach z kaliskim architektem i podróżnikiem Maciejem Garbowiczem rozmawia Piotr Jaworowski.
Jesteś zapalonym wędkarzem i podróżnikiem. Ostatnio wybrałeś się do dalekiej Papuy Zachodniej. Jak wyglądała ta wyprawa?
– Papua Zachodnia to część Nowej Gwinei, wyspy na Pacyfiku należącej do Indonezji. My badaliśmy jej południowe strony nad Morzem Arafura skąd było już bardzo blisko do Australii. Pomysłodawcą wyprawy był mój kolega Krzysztof Szymański, z którym przed laty byłem w Afryce. Papuę Zachodnią penetrował już wcześniej, ale apetyt na nowe przygody doprowadził do tegorocznej ekspedycji. Dla mnie, poza fotografią ważnym elementem wypraw jest poznawanie nowych gatunków ryb. W Papui poszukiwaliśmy endemicznego gatunku, żyjącego tylko tam – papuaskiego czarnego basa zwanego również basem nowogwinejskim (Lutjanus goldiei). Wyprawa trwała trzy tygodnie.

Same transfery z Europy w obie strony zajęły nam sześć dni, na które złożyło się dziesięć lotów samolotami. Na przemieszczanie się w dziewięć osób trzema wynajętymi łodziami po morzu i rzekach Nowej Gwinei zużyliśmy sześć ton paliwa i tonę butelkowanej wody. Towarzyszyło nam sześciu lokalnych przewodników. Naszą bazą przez większość czasu była mała wyspa Lakahia na Morzu Arafura.

Odwiedziłeś wiele krajów i kilka kontynentów, w tym Ziemię Ognistą, dorzecza Nilu, Nepal czy Kaczmatkę. Jakie wrażenie zrobiła na tobie Papua?
– Nie da się zrobić dwa razy pierwszego wrażenia! Tak było i tym razem. Po wylądowaniu na Nowej Gwinei poczułem chyba pierwszy raz w życiu, że jestem bardzo daleko od domu. Wrażenie to potęgowały dźwięki i koloryt soczystego lasu deszczowego, wilgotność powietrza i temperatura.

Widziałem dżunglę w kilku krajach Ameryki Południowej, ale ta w Papui Zachodniej była wyjątkowa! Duże wrażenie robi widok ludzi żujących betel (rodzaj znanej od starożytności używki popularnej w krajach Azji południowej i Dalekiego Wschodu). Ich zafarbowane na czerwono zęby potęgują mylne wrażenie, że mamy do czynienia z ludożercami, którzy najbardziej licznie… faktycznie pochodzili z tego rejonu świata.


A jaki klimat panuje jesienią w tych stronach Azji?
– Papua Zachodnia leży poniżej równika na półkuli południowej. Na niebie mamy zupełnie inny układ gwiazd. Typowy październikowy dzień w tym rejonie świata objawiał się nam temperaturą w okolicy 30 stopni C, często zachmurzonym niebem i nagłymi atakami obfitego deszczu. Jeżeli zza chmur wyjrzało słońce to paliło niczym grzałki w piekarniku. Pranie na słońcu schło szybko, jednak powieszone w cieniu długo pozbywało się wilgoci. Najtrudniejszy do zniesienia był lokalny piasek ze zmielonych koralowców. Główny budulec brzegowej strefy wysp. Widziany w folderach i na zdjęciach z kokosowymi palmami buduje obraz rajskich plaż i ogólny zachwyt. W połączeniu z dużą wilgotnością powietrza w praktyce przylega do ciała. Tnie skórę w różnych miejscach powodując rany i otarcia. Trudny element do opanowania podczas globtroterki. Wszechobecny był w garderobie, śpiworze i bagażu.

Wcześniej wspomniałem o tym, że jesteś zapalonym wędkarzem. Jakie ryby łowi się w tej części Azji?
– Wyprawa w ten rejon świata była dla mnie i moich kolegów okazją do zmierzenia się z nowymi gatunkami ryb występującymi tylko w tym obszarze. Wyżej wspomniany czarny bas papuaski był wisienką na torcie, ale obok niego mieliśmy kontakt z dwuśrodowiskowymi Baramundi (Lates calcarifer), lucjanami i innymi rybami żyjącymi w ujściach rzek oraz lasach namorzynowych. Na naszych wędkach mieliśmy również ryby, które znaliśmy wcześniej z morza np. waleczne „GT”, groupery czy barakudy. Mój towarzysz podróży, również kaliszanin Grzegorz Olszyna złowił np. rekina rafowego o długości ok. półtora metra, który urodził cztery małe rekinki! Ciekawostką jest również to, że wiele ryb złowiliśmy na przynęty rodem z Kalisza. To tzw. poppery, powierzchniowe woblery, które od wielu lat hobbistycznie tworzymy razem z moim przyjacielem Robertem Łuczakiem.




Rozumiem, że ryby są głównym pożywieniem Papuasów. A co oprócz ryb jedzą jeszcze miejscowi?
– Obfity rybostan okolicznych wód powoduje, że miejscowa ludność utrzymuje się tu głównie z rybołówstwa.

Złowione w sieci i na linki ryby sprzedają handlarzom kręcącym się wokół wysp na większych statkach wyposażonych w chłodnie. Niemal każdy dorosły mężczyzna ma tu swoją łódź. Są one bardzo podobne do tych jakimi pływają somalijscy piraci. Miejscowa waluta ma swoje znaczenie, ale nawet od dolarów cenniejsze jest tu posiadanie benzyny. Nasze sześć ton paliwa w beczkach, przykryte brezentem i owinięte linami było obiektem westchnień i pożądania wielu miejscowych ludzi. Papuaska dieta poza rybami opiera się na tym co jest dostępne w tym rejonie świata. Palmy kokosowe rosną tu masowo, więc ich owoce są częstym składnikiem lokalnej diety. Zdobycie orzechów wiąże się z wejściem na palmy. Jest to częścią tutejszej obyczajowości. Po wypiciu mleczka kokosowego z rozłupanych skorup wydłubuje się smaczną masę, z której robi się znane wszystkim wiórki kokosowe. Z kolei wysuszone łupiny orzechów dorzucane są do ognia podczas pieczenia i grillowania.

Poza tym miejscowa ludność hoduje i je kury. Widzieliśmy również w klatkach małe, włochate świnki. Powszechne są banany, papaje i limonki. Miejscowa ludność poluje jeżeli są do tego warunki. Widzieliśmy w ich domostwach łuki, strzały i dzidy. Nawet w małych społecznościach o charakterze plemiennym można trafić na mikro sklepik. Na ogół prowadzą je ludzie o indonezyjskim pochodzeniu. W przeciwieństwie do typowych Papuasów czuje się, że mają smykałkę do biznesu.

W Indonezji posiadanie i używanie narkotyków karane jest śmiercią. Alkohol jest mało popularny i trudno dostępny. By go zdobyć trzeba się nakombinować. Główną używką stosowaną przez miejscowych jest wspomniany betel i papierosy. Paskudne w smaku i tak gęsto nasycone olejkami anyżowymi, że korzystając z okazji rzuciłem… palenie papierosów.
A jak wygląda życie codziennie Papuasów?
– Obserwowana przez nas miejscowa ludność wiedzie z pozoru mało nerwowe życie. Tu się raczej nikt nigdzie nie spieszy. Zwłaszcza w małych wioskach i osadach o strukturze plemiennej.

Coraz powszechniejszy jest Internet i telefonia komórkowa. Tym samym dostęp do informacji mają już Papuasi nawet w odległych od szlaków wioskach. Piłka nożna to chyba główne „opium” dla ludu. Zwłaszcza dla najmłodszych. Czasem można się zdziwić. Do naszych dwóch kolegów łowiących w ujściu rzeki będącej we władaniu sąsiedniego (niby opłaconego przez nas i zaprzyjaźnionego) plemienia podpłynęło z dzidami kilku miejscowych Papuasów w koszulkach AC Milan. Po krótkiej wymianie gestów, nasi towarzysze pozbyli się dwóch zbiorników paliwa i zostali „wyproszeni” z tego terenu. Na szczęście nocne spotkanie okolicznych bonzów z wodzem „naszej” wyspy doprowadziło do uspokojenia napiętej sytuacji. Oczywiście paliwo przepadło. Niepokojącym zjawiskiem, którego doświadczyliśmy jest śmiecenie i niszczenie przyrody. Miejscowi wyrzucają wszystkie odpady do morza. Nie widzę sposobu na zatrzymanie tego procederu. Warunki sanitarne na wyspie były dla nas bardzo trudne. W kilku studniach woda była słonawa, nadawała się jedynie do ew. opłukania ciała po wyjściu z morza. Do codziennej higieny używaliśmy wody butelkowanej. Czasem podczas penetracji okolicy myliśmy się w uchodzących do morza strumieniach ze słodką wodą. Brak bieżącej wody w połączeniu z piaskiem był zabójczy dla ciała i psychiki.
Czy warto więc polecić wyprawę do tej części świata jaką jest Papua?
– Generalnie rejon, w którym byliśmy jest raczej mało popularny wśród turystów. Nie ma tu bazy hotelowej ani żadnej infrastruktury ułatwiającej życie przyjezdnym. Biali ludzie wzbudzają tu sensacje i zainteresowanie. Muszę stwierdzić, że mimo początkowych obaw czułem się tu jednak bezpiecznie. Zdecydowanie lepiej niż w Ameryce Południowej. Ludzie są na ogół życzliwi i pozbawieni agresji. Bardzo fajne i kontaktowe są miejscowe dzieciaki. Podczas naszego 12-dniowego pobytu na wyspie Lakahia żyliśmy z nimi w pełnej symbiozie. Żegnały nas rano gdy wypływaliśmy w morze i witały po powrocie.

Pomagając często w rozładunku i w noszeniu sprzętu do naszych namiotów. Nie było niespodzianką, że najbardziej znanym Polakiem jest Robert Lewandowski, którego koszulkę w barwach katalońskiego klubu FC Barcelona miał jeden z miejscowych podrostków. Żegnając się z najmłodszymi mieszkańcami wyspy przekazaliśmy im upominki, również z logo naszego miasta Kalisza.
Rozmawiał PIOTR JAWOROWSKI



